ŚMIECH BOGÓW

W piwnicznym zakonie święto goniło święto i ledwo kończył się opłatek, trzeba było przygotowywać sylwestra

Zarwałem noc, oglądając film Antoniego Krauze o Piwnicy pod Baranami - wprzód, wspak, na wyrywki.

Udało się w nim przekazać to co najbardziej ulotne - ducha zabawy trwającej czterdzieści lat. W latach 70. zabawa zaczęła wylewać się z Piwnicy na Rynek, na miasto. Nabierała sensów proroczych, gdy na miesiąc przed Sierpniem 80 witano w Krakowie Xięcia Józefa lub gdy święcono powtórnie jubileusz Józefa Ignacego Kraszewskiego. Ale piwniczne jubileusze, nawet gdy miały temat patriotyczny, były zawsze podszyte surrealistycznym karnawałem, zabawą czystą, samą w sobie, niepodporządkowaną niczemu.

Oglądałem ten film razem z dwudziestopięcioletnim synem kolegi , człowiekiem nowych czasów, wychowanym w Ameryce, pracującym w międzynarodowej firmie. Obawiałem się, że nic z piwnicznego ducha nie załapie. Patrzył uważnie, kazał sobie objaśniać niektóre dowcipy. Na widok Ewy Demarczyk, którą słyszał pierwszy raz w życiu, stwierdził: lepsza od Joan Baez! Całość skomentował z podziwem: bezinteresowna zabawa i zupełnie bez pieniędzy.

"Ja ci śrubkę i tak dalej..."

Na czym polegała jej wyjątkowość? Piwnica nie tyle przedrzeźniała czy ośmieszała peerelowską rzeczywistość - to byłoby za łatwe, to robili inni. Piwnica z tej rzeczywistości korzystała, robiła z Peerelu tło dla swojej zabawy. Jak wtedy gdy na rusztowaniach pałacu Pod Baranami wywieszała ogromne wizerunki swoich artystów, na wzór pierwszomajowych portretów. I kiedy później żegnała komunę tańcem masek Gierka, Gomułki, Jaruzelskiego, Cyrankiewicza, jakby Peerel był jakimś konkurencyjnym kabaretem. Lub wcześniej, gdy piwniczanie biegli przez Kraków radosnym korowodem, niosąc długie hasło wyjęte z mów tow. Wiesława, tańcząc i śpiewając hymn ułożony w natchnieniu przez Krzysztofa Litwina: "Ja ci śrubkę wkręcę w radio, o Leokadio! Ja ci śrubkę i tak dalej, na skraju Alej!".

Satyra wpisuje się w aktualność, reaguje na nią. Oni robili coś więcej. Swoją swobodą podważali gdzieś u podstaw cały porządek rzeczywistości, wciągali rzeczywistość w swoją grę, narzucali jej swoje reguły - jak w "Ferdydurke", gdzie stojąca pod oknem Młodziaków milcząca postać z gałązką w zębach okazuje się zwiastunem przewrotu.

Jej wysokość Janina Garycka

W ich zabawie było coś królewskiego. Mówi o tym jeden z hymnów Piwnicy, wspaniałe "Wieśniacze życie" z muzyką Grzegorza Turnaua do barokowego tekstu wynalezionego przez Janinę Garycką: "O ty, utkane cierniem sowicie, królów purpurą...". Garycka pojawia się w filmie rzadko - nie lubiła się fotografować, kryła się gdzieś na dalekim planie. Jej czarująca indywidualność przebija nawet z tych paru ujęć. To ona była duszą Piwnicy, patronką ich "wieśniaczego życia" pośrodku miasta. Widać ją przez chwilę podczas któregoś z piwnicznych "jajeczek", aranżowanego przez nią staropolskiego Święconego. Kapelusz nasunięty na oczy, biały kołnierz, przenikliwe spojrzenie, twarz przysłonięta dłonią przed reflektorami, uśmiech, graseująca wymowa - jej królewska wysokość incognito.

"Malarka i miniaturzystka, polonistka której praca magisterska została uznana za doktorską, rzuciła świetnie zapowiadającą się karierę naukową by bez reszty oddać się w służbę Piwnicy" żegnał ją w 1998 roku szef "Tygodnika Powszechnego" i bywalec Piwnicy Jerzy Turowicz. W serdecznym nekrologu opisywał legendarną kuchenkę przy placu na Groblach 12 - "nocny klub, do którego wchodziło się przez okno".

Ujęcie po ujęciu, na stop-klatce, przeglądam kilkudziesięciosekundowy materiał z Kuchni. Pośród nocnego tłumu piwniczan siedzące dwie uśmiechnięte staruszki - ciocia Ola i ciocia Antosia. Na pierwszym planie Demarczyk - rozpuszczone włosy, błyszczące oczy, gwałtowne odwrócenie głowy. Z głębi, gdzie tańczą, wyłania się stylowa postać w białej kryzie (Litwin?) i szybko sięga do zlewu po butelkę. Półmiseczek kanapek wnosi Garycka, w dziwnym zaimprowizowanym nagłowiu. Mówiono, że na co dzień obcowała z aniołami.

Sen nocy letniej

"Zaryzykuję twierdzenie - mówi Joanna Olczak-Ronikier, monografistka Piwnicy, jej współtwórczyni - że w czasach Kuchni Piwnica z klubu i kabaretu zaczęła zamieniać się w zakon. Wielkim Mistrzem był Piotr Skrzynecki. Janina - kapłanką. W piwnicznym zakonie święto goniło święto i ledwo kończył się opłatek, trzeba było przygotowywać sylwestra. Nie można się więc dziwć, że wzrastała z roku na rok liczba wiernych, ani gorszyć, że parę osób wykoleiło się na zawsze, a parę rodzin rozpadło. Mistrz zamieniał swoim wyznawcom życie w "sen nocy letniej" ale bardzo nie lubił, kiedy się budzili i biegli do swoich zapomnianych żon, m$żów, dzieci i zajęć. Niczym Piotruś Pan indoktrynował ich tak swoją filozofią "życia chwilą", że przez całe lata wstydzili się zarabiania pieniędzy, sukcesów zawodowych, wydatków na pralkę zamiast na bankiet, zainteresowań innych niż piwniczne..". Dzięki temu filmowi, zrobionemu z prawdziwą miłością, przez chwilę mamy okazję tam z nimi być.

Najlepsze numery: "Bo taka głupia to ja już nie jestem" Krystyny Zachwatowicz z rękawiczką ściąganą z ramienia á la Rita Hayworth;szlagierowa piosenka "Jola, Jola nie bądź taka zła" - duet Mikiego Obłońskiego i Ewy Demarczyk - która nagle przechodzi w nakładające się na siebie wiersze Rilkego i Leśmiana o samotności; genialny Krzysztof Litwin; Wiesław Dymny i jego agresywne klownady; "Ludka śmieszka" Beaty Rybotyckiej z programu "Prywatne życie Wazów"; Halina Wyrodek z "Tą naszą młodością"; duet Zygmunta Koniecznego i Stanisława Radwana na balu w Pieskowej Skale; monolog o życiu płciowym ślimaków; Zbigniew Raj śpiewający orzeczenie kolegium "w sprawie ob. Piotr Skrzynecki"; Zbigniew Preisner żegnający Piotra. I ostatni piwniczny występ Ewy Demarczyk - "Cyganka" Mandelsztama z muzyką Zaryckiego - ponad śpiewem osobny, nadekspresyjny spektakl jej twarzy, śmiech, krzyk, szloch, wszystko to razem. Cofam taśmę nie raz, nie dwa, żeby to uchwycić.

Piotr Skrzynecki udziela wywiadu na Rynku, jak ateński podchmielony filozof. Głosi pochwałę "króla alkoholu i królowej papierosa". Opowiada swój sen o wizycie na Olimpie. Bogowie pytają go, czego potrzebuje. Mówi im: nie potrzebuję bogactwa, bo przyzwyczaiłem się do biedy. Nieśmiertelności też nie - co mi po niej, kiedy umierają znajomi. Za to niech będzie wesoło, niech mnie nigdy nie opuści poczucie humoru. Bogowie zaczynają się śmiać i Skrzynecki budzi się, śmiejąc.

TADEUSZ SOBOLEWSKI

GAZETA WYBORCZA